Kto nigdy nie był w lubuskim Łagowie niech żałuje. Piękna wieś położona między dwoma pięknymi jeziorami, nad którymi góruje jedyny w Polsce zamek rycerskiego zakonu Szpitalników św. Jana z Jerozolimy zwanych popularnie Joannitami, poprzedników istniejącego do dziś Zakonu Maltańskiego. Nie darmo wieś określa się mianem „Perły Ziemi Lubuskiej”.
Kto z myśliwych nie był w Łagowie w trzeci weekend czerwca niech żałuje podwójnie. Bowiem w piątek i sobotę w Łagowie nie tylko grzało słońce, kąpano się, jeżdżono na wodnych rowerach i kajakach. W piątek i sobotę Łagów rozbrzmiewał dźwiękami myśliwskiej muzyki.
Z zamkowej wieży rozlegał się dźwięk rogów; dźwięk plessów i par forców niósł się na nad wodami jeziora Trześniowskiego, unosił się nad jeziorem Łagowskim, płynął nad bukowymi lasami wokół wód.
Piątek i sobota,19 i 20 czerwca należały w Łagowie do myśliwskich sygnalistów. Rozgrywano tu bowiem najpoważniejszy, największy i najbardziej prestiżowy konkurs - zmagano się o „Róg Wojskiego”, o tytuł „Muzy Wojskiego”, o sławę, prestiż i honor.
Turniejowym zmaganiom, będącym w istocie Mistrzostwami Polski, towarzyszył też Konkurs Regionalny – Festiwal Muzyki Myśliwskiej im. Eugeniusza Kruszelnickiego.
W ten długi weekend do maleńkiej gminy na Zachodzie Polski zjechały się ponad trzy setki myśliwskich sygnalistów – utytułowani mistrzowie i debiutanci, dojrzali mężczyźni i młode dziewczyny, w leśnych mundurach i myśliwskich strojach – wszyscy owładnięci jedną pasją - zamiłowaniem do myśliwskich dźwięków i jednym marzeniem - wypaść jak najlepiej, a może…..a może wygrać?
W jury same tuzy: Kadlec, Czerniak, i Jürgen Keller, wielka postać niemieckiej sygnalistyki – prezes tamtejszego stowarzyszenia sygnalistów i organizator mistrzostw Niemiec w muzyce myśliwskiej.
Słuchali, oceniali, komentowali.
- W Niemczech jest nas na pewno więcej grających na myśliwskich rogach, na pewno nasza muzyka rozbrzmiewa częściej w miejscach publicznych – festynach, przeglądach, konkursach, ale jeśli chodzi o poziom to mam ważenie, że nas przegoniliście - i nie są to słowa kurtuazyjne, ale prawdziwe i …lekko podbite zazdrością - mówił sędzia z Niemiec.
Krzysztof Kadlec – zwany Profesorem, tym razem bez nieodłącznej fajki - kiwał z podziwem głową: - to już ten poziom, że coraz trudniej wskazywać zwycięzcę. Stąd miejsca ex aequo, stąd o miejscu decydują małe punkty i niuanse. Jeszcze trochę a bez sztucznej inteligencji nie damy rady – śmiał się przy wieczornych pogawędkach.
Przesłuchania konkursowe, jak przesłuchania konkursowe. Jedne w gościnnych salach Ośrodka Wypoczynkowego „Leśnik” Nadleśnictwa Świebodzin, który stał się bazą konkursu, inne w pięknym łagowskim amfiteatrze położonym u stóp Zamku Joannitów.
Wszyscy się starali, wygrali najlepsi.
Hitem konkursu były dwa koncerty przygotowane przez Agnieszka Rybicką. Agnieszka, która od dłuższego czasu eksperymentuje z muzyką myśliwską na orkiestrę, co samo w sobie nie jest nowością bowiem już wielcy kompozytorzy jak Kurpiński, Haydn, Mozart komponowali utwory dla orkiestr. Ale Agnieszka zrobiła w Łagowie coś, czego w Polsce nikt jeszcze nie zrobił - zagrała jeden koncert na orkiestrę dętą, złożoną z dwóch amatorskich, lubuskich orkiestr – Orkiestry OSP Babimost oraz Orkiestry Powiatowej z Wolsztyna, a drugi koncert na orkiestrę dęta i smyczki. Tutaj wspomniane wyżej zespoły wspomogli zawodowi filharmonicy – przyjaciele dyrygentki.
Co tu dużo pisać- to był crème de la crème łagowskiego konkursu.
I jednocześnie doskonalą promocją łowiectwa i myśliwskiej muzyki.
Przeglądom i koncertom w Łagowie przysłuchiwali się turyści, o tej porze licznie odwiedzający Łagów, i czasami byli zdziwieni.
- Myślałam, że myśliwi tylko trąbią na rogach, bo czasami to słyszałam - komentowała Katarzyna Pękala z Żar - a tu proszę, bardzo przyjemne dla ucha, utwory.
Wokół amfiteatru rozstawiły się stoiska serwujące dziczyznę, wśród których furorę robił „Dziki Łoś” ze swoimi burgerami z dzika oraz „Leśniczówka” oferująca kiełbasy, szynki i szmalczyki z lasu. Były też stoiska edukacyjne przygotowane przez Nadleśnictwa Torzym, Babimost, Sulechów i Świebodzin, Zarząd Okręgowy PZŁ z Zielonej Góry, najlepszy w Polsce malarz motywów łowieckich Mirek Szuń pokazywał swoje obrazy, a Andrzej Stróżczyński chwalił się artefaktami z tuż powojennego wyposażenia leśników.
Konkursowi towarzyszyła też wspaniała wystawa bibliofilska poświęcona muzyce myśliwskiej. Jak powiedział jej autor - Leszek Szewczyk - moim zamysłem było pokazanie, choć niewielkiej części, bogactwa i różnorodności tematów, które składają się na ważką dziedzinę naszej kultury i tradycji narodowej, jaką niewątpliwie jest muzyka myśliwska. Leszek pokazał uczestnikom konkursu przede wszystkim wydawnictwa zawierające dawne utwory myśliwskie - nuty, zbiory nut, śpiewniki. Same cymelia! Na wystawie zgromadzono zapisane na pięciolinii dźwięki towarzyszące różnym uroczystościom oraz polowaniom, sygnały myśliwskie, w tym unikatowe i mało znane fanfary, marsze, mazury, hejnały, opery i komedioopery oraz pieśni i msze hubertowskie. Wystawa jakiej nie powstydziłoby się Muzeum Narodowe!
Słowem - konkurs był nie tylko konkursem, ale też świetną promocją łowiectwa. A propos tej ostatniej – nie sposób nie wspomnieć o pięknej scenerii 10-częściowej mszy hubertowskiej wg Krzysztofa Kadleca, odprawionej pod rozłożystym dębem, na skraju jeziora, w asyście licznych pocztów sztandarowych lubuskich kół łowieckich. Po tej mszy jej uczestnicy, sygnaliści, poczty, goście przeszli ulicami Łagowa i…zebrali liczne brawa. Nikt, dosłownie nikt z kilkuset przyglądających się przemarszowi nie rzucił antyłowieckiego tekstu.
Konkurs to zmagania. A jak zmagania to zwycięzcy i ci, którzy znów będą do zwycięstwa aspirowali.
Ze zwycięzców najbardziej szczęśliwy był chyba Hubert Jurczyszyn, zwycięzca w kategorii indywidualnej.
- Nie ukrywam, było moim marzeniem tu, w Łagowie, dobrze wypaść. Wszak jestem Lubuszaninem a konkurs po raz pierwszy rozgrywano na naszej ziemi. Człowiek wędrował z rogiem po całej Polsce, od Spychowa, przez Rzeszów, po Tucholę, generalnie daleko od domu, więc gdy konkurs był prawie za progiem tatowej chaty to chciało się dobrze wypaść.
Hubert Jurczyszyn Mistrzem Polski solistów został po raz piąty i, jak sam mówi, to zwycięstwo zamyka klamrą jego przygodę z Plessem.
- 21 lat temu w Tucholi albo Ciechocinku, już nie pamiętam, zostałem najmłodszym Mistrzem Polski w historii konkursu, teraz w Łagowie zostałem najstarszym wiekiem Mistrzem Polski. 30 lat jeżdżę na „Rogi Wojskiego”, może to powinno być zwieńczenie tego etapu grania?
Kolega Hubert, jak sam przyznaje, do tegorocznego konkursu solistów przystąpił z marszu.
- Celem był jak najlepszy wynik naszego zespołu - „Gorzowskiej Kniei”. Dlatego dużo trenowaliśmy przed Łagowem. Niejako przy okazji i ja się rozegrałem.
A „Gorzowska Knieja” też wypadła znakomicie. W klasie MB - czyli zespołów grających muzykę myśliwską, zdobyła drugie miejsce.
Hubert, jak na wytrawnego sygnalistę i trębacza ma już ogrom doświadczeń. Na drugim końcu jest ten, który dopiero zaczyna – zwycięzca w klasie dziecięcej – do 12 lat - Paweł Tomaszewski.
Paweł cieszył się tą dziecięcą, spontaniczną radością: - Hurra, Łagów jest dla mnie szczęśliwy! Wygrałem tu już drugi raz! W zeszłym roku konkurs regionalny im. Kruszelnickiego a teraz to. W przyszłym roku będę jeszcze lepszy!
Paweł gra od dwóch lat. Zaczynał jak zwykle – podpatrując ojca grającego na plesie.
- Tata dał mi róg, ale słabo mi szło. To podsunął mi par force’a i….idzie.
Ojciec Pawła, Grzegorz, członek KŁ „Darz Bór” Jarocin, leśnik po milickim technikum, gra już 10 lat.
- Odkąd syn stanął na nogi jeździmy do lasu, podpatrujemy przyrodę, będzie myśliwym. Od długiego czasu włóczymy się też po konkursach. Już 10 lat. Widzę, że łyknął bakcyla i mam nadzieję, że to mu nie przejdzie. Sam start w konkursie jest dla Pawła wielkim wydarzeniem. A tu taki sukces! Nagroda od taty będzie też!
Największym wygranym może się czuć Stowarzyszenie Muzyki Myśliwskiej „Bór” ze Szczecinka, które stanęło na podium w dwóch najważniejszych kategoriach - zdobyło „Róg Wojskiego” oraz ex aequo „Muzę Wojskiego”.
(Róg Wojskiego” to rywalizacja w kategorii sygnałów myśliwskich, „Muza Wojskiego” to rywalizacja w dziedzinie muzyki myśliwskiej”)
Błażej Chmielewski ze Stowarzyszenia Muzyki Myśliwskiej „Bór” Szczecinek pozwolił sobie na refleksje.
- Poziom jest już niebotycznie wysoki, skoro dwa zespoły w klasie muzyki myśliwskiej – my i „Jantar” z Gdańska w rywalizacji o „Muzę Wojskiego” osiągnęły tą samą, maksymalną ilość punktów i były ex aequo dwa pierwsze miejsca. Jury jest bardzo wymagające, a mimo to nie było w stanie rozstrzygnąć rywalizacji. Brakuje mi jednak nowości. Polskie zespoły zbyt rzadko szukają nowej muzyki. Niemcy, Austriacy ciągle tworzą coś nowego. U nas robi to Krzysztof Kadlec i jego zasługi dla muzyki myśliwskiej są ogromne. „Bór” ma to szczęście, iż jeden z naszych kolegów - Jarek - mieszka w Niemczech i co rusz przywozi coś nowego. My na każdy „Róg Wojskiego ” staramy się przywieź nowy utwór. Ale dla mnie to ciągle mało. A zwycięstwo? Cóż, dla mnie radość była ogromna!
„Bór” to zespół prawie w całości złożony z absolwentów Goraja i Warcina, jak mówi Błażej Chmielewski – „z 40 w plusie”.
- Tylko Marta Pluto-Prądzinska nie jest leśnikiem, ale poluje. I wraz z Agnieszką wnosi do zespołu jakże potrzebny pierwiastek łagodności.
Okazało się, że tym większa była ta radość, iż o mało co „Bór” nie wystartowałby w rywalizacji. Miesiąc ciężkiej pracy przed a tu …pech. Jarek z Niemiec nie mógł dojechać, Agnieszka zaszła w ciążę i odpuściła sobie wyjazd, a żona kierownika wylądowała w szpitalu.
- Kiedy przywiozłem ją ze szpitala powiedziała krótko: wiem, ile to dla ciebie znaczy, jedź. I zaraz wsiadłem w samochód i pognałem do Łagowa. Gdybym nie dojechał zespół nie mógłby wystartować. Byłoby nas za mało. A tu – jest Róg!!! Zaraz po konkursowych zmaganiach wsiadłem w samochód i gnałem z powrotem. O werdykcie jury dowiedziałem się od kolegów, gdzieś między Wałczem a Jastrowiem.
Trudno więc się dziwić radości członków „Boru” oraz ich kierownika! Bowiem jak wielokrotnie podkreślał Błażej Chmielewski - Róg Wojskiego to dla myśliwskich muzyków wielkie święto!
Wszyscy uczestnicy łagowskiego konkursu podkreślali jego wysoki poziom organizacji.
- W zeszłym roku w Bytowie było super. Myślałem, że już nikt nie da rady tak dobrze to zorganizować, a tu było….jeszcze lepiej - potwierdził ogólne wrażenie Błażej Chmielewski - potencjał tego miejsca jest ogromny i został przez organizatorów wykorzystany w pełni.
Prezes Klubu Sygnalistów Myśliwskich Maciej Strawa mówi wprost: - każdy konkurs jest podobny. Dużo pracy, której część idzie w gwizdek, duże zaangażowanie społeczników i zawsze jest wrażenie, iż to już ostatni festiwal, że nie będzie sił na następny. Ale za rok znów się spotkamy - w Spychowie. Co wyróżniało Łagów? Artystycznie coś nowego – koncerty przygotowane przez Agnieszkę Rybicką i bardzo trudne jej kompozycje konkursowe: hejnał festiwalu i „Hejnał na cześć Joannitów z Łagowa”. Co ważne w Łagowie byli wszyscy najlepsi. Nikt nie może powiedzieć, że zajął dobre miejsce, bo ktoś nie przyjechał. Rozczarowanie? Po raz pierwszy od lat brak wsparcia ze strony Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego i słabsze niż poprzednio wsparcie Lasów Państwowych. A przecież muzyka myśliwska to część dziedzictwa narodowego, część naszej historii.
Te zmagania miały coś co jeszcze dodatkowo podnosiło poziom adrenaliny uczestników. Najlepsi pojadą na Mistrzostwa Europy, które w tym roku odbędą się w Pszczynie. Nic dziwnego, że rywalizacja była zawzięta ale bardzo koleżeńska. A wieczorami, grano wspólnie. I ci z Jantara, i ci z Gorzowskiej Kniei, i ci z Leśnej Braci i z innych zespołów, na przykład Boru czy Akteona. Wspólnie dmuchali w instrumenty a dźwięki myśliwskiej muzyki niosły się hen, po toni łagowskich jezior, zaglądały do ośrodków wypoczynkowych, do kwater z letnikami, na kajakowe przystanie i wbiegały między łagowskie buczyny.
Organizatorem był oficjalnie Klub Sygnalistów Myśliwskich PZŁ i Zarząd Okręgowy PZŁ w Zielonej Górze. Ale tak naprawdę to ciężka praca konkretnych osób - Macieja Strawy – prezesa KSM PZŁ oraz Jacka Banaszka – przewodniczącego ZO PZŁ w Zielonej Górze i osób wokół nich skupionych. Z kronikarskiego obowiązku warto wiec wspomnieć o myśliwych z kół powiatu świebodzińskiego, o prowadzących; Ewelinie Fabjańczyk i Piotrze Bogdanowiczu, o prezesie KŁ „Knieja: Macieju Jaśkowskim, Jerzym Karabanowiczu, Magdalenie Rucioch, Karolu Jurczyszynie, Janie Olszewskim, Dionizym Stępniewskim, Przemysławie Jarosiku – dyrektorze Technikum Leśne w Starościnie i wielu, wielu innych koleżankach i kolegach. Oczywiście o Agnieszce Rybickiej, której wkład w organizację jest nie do opisania. O wielkiej życzliwości myśliwych na stanowiskach, czyli wójta gminy Łagów Czesława Kalbarczyka, Zbigniewa Szumskiego – Starosty Powiatowego w Świebodzinie, Zbigniewa Kołodzieja – członka zarządu Województwa Lubuskiego, o pomocy samorządu Województwa Lubuskiego, Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Zielonej Górze, Starostwa Powiatowego w Świebodzinie, Gminy Łagów.
Najciekawsza dla piszącego te słowa scena rozegrała się jednak nie na deskach amfiteatru lecz, już po zakończeniu imprezy, na widowni.
Wtedy to do siedzącego tam zwycięskiego zespołu, z trofeum - Rogiem Wojskiego zapakowanym w oddzielnej skrzyni, podeszli ci, którzy go odbierali.
- Na spodzie wieka są tabliczki z nazwami zespołów - tryumfatorów konkursu. Szukajcie naszej.
- Naszej jeszcze pewnie nie ma – powiedziała młoda dziewczyna.
- Nie, szukaj naszej poprzedniej. Bo kiedy Ty chodziłaś do szkoły to my już zdobyliśmy raz Róg Wojskiego.
W oczach dziewczyny zobaczyłem bezbrzeżne zdumienie a potem dumę, że teraz i ona przyczyniła się do zdobycia nowej tabliczki.
Życzę Ci młoda kobieto – pomyślałem - byś i Ty mogła kiedyś do swej następczyni powiedzieć: szukaj poprzednich tabliczek.
Andrzej Brachmański